
Przyjemnie, różnorodnie, łatwo
Z czym się Wam kojarzy Salwador? Plaże, pupusy, wulkany i surfing? Nam, przyznaję się szczerze, z niczym się nie kojarzył, no może poza tym, że borykał się z gangami i ogólnie – przestępczością. Ale powiem Wam jeszcze jedno: w ciągu prawie dwóch lat podróży po Amerykach, Salwador był dla nas największym zaskoczeniem.

Już przy samym przekroczeniu granicy z Gwatemalą poczuliśmy pewną lekkość. Podróż mieliśmy długą, ponieważ zdecydowaliśmy się na przejazd transportem publicznym, a nie turystycznym, co wraz ze sporą oszczędnością wiązało się z kilkoma przesiadkami na trasie Antigua, Gwatemala – Santa Ana, Salwador (5 chicken busów i sporo godzin). Na pierwszego salwadorskiego chicken busa po przekroczeniu granicy nie musieliśmy długo czekać i tu pierwsza miła niespodzianka – bilety z ceną dla każdego pasażera (kilka miesięcy płacenia podwójnych stawek w Gwate sprawiło, że nabawiliśmy się paranoi, że ktoś chce nas oszukać).



Ale największą siłą Salwadoru są ludzie. Otwarci, pomocni, autentycznie cieszący się, że przyjechaliśmy zwiedzać ich kraj (przynajmniej tak było kilka lat temu).
Santa Ana



Drugie największe miasto w Salwadorze i, moim zdaniem, świetna miejscówka na poznawanie Salwadoru. Miasto, jak LA miasto, szału nie ma, ale da się pochodzić, znaleźć kafejkę zamkniętą tak szczelnie, że tylko przypadek sprawił, że się zorientowaliśmy, raz, że to kawiarnia, dwa- że jest otwarta. Więcej o Santa Ana będzie w osobnym poście. Stąd można podjechać autobusem do początku szlaku prowadzącego na wulkan, nad jezioro Coatepeque, Ruty de las Flores, pojechać na trek Siedmiu Wodospadów, zobaczyć ruiny miasta Majów Tazumal czy osadę Jola de Cerén (wpisane na listę UNESCO). Jak widzicie jest co robić.
Suchitoto

To kolejny przykład mnie i studiowania mapy. Najpierw wypatrzyłam Suchitoto, a potem zaczęłam o nim czytać. I dobrze, ponieważ to miejsce bardzo przypadło mi do gustu, nawet cały hoax z jeziorem, po początkowym osłupieniu, stał się dobrym żartem. Bo wiecie, dla mnie jak jest jezioro, to znaczy, że mam gdzie pływać. Takie wrodzone założenie, które może i się sprawdza w europejskich pieleszach, ale gdzie indziej można się sparzyć. Suchitoto – kocie łby na uliczkach, kolorowe domki, znaki “w tym domu nie ma przemocy wobec kobiet”, biały kościółek, toksyczny zalew i najlepsza kawa w ziarnach (organicy, $4/kg). Atmosfera super. Polecam!
San Miguel



Nie jest to miasto oblegane przez turystów i może to jest w tym wszystkim fajne, że się zbacza z turystycznych szlaków, dzięki czemu łatwiej podejrzeć trochę prawdziwego życia. Dla mnie San Miguel będzie już zawsze kojarzył się z zatłoczonym mercado i finałem mistrzostw świata w piłce nożnej. Innym pewnie z dojazdem na jedną ponoć z najpiękniejszych plaż w Salwadorze El Cuco. Niedaleko San Miquel znajdują się też ruiny Quelepa i wulkan San Miguel.
El Cuco

Ominęliśmy Pacyfik w Gwatemali, więc bardzo mi zależało na jakiejś miejscówce nad oceanem w Salwadorze. Nie wiem czy akurat ludzie w USA mieli wakacje, czy jakiś zlot surferów był, ale La Libertad, Punta Roca, El Sunzal, El Tungo czy El Zonte, czyli spoty plażowo-surfingowe były overbooked i nie mogłam znaleźć żadnego noclegu. Tak dowiedziałam się o El Cuco. Pojechaliśmy. Cała plaża dla nas, nie wiadomo, gdzie się kończy niebo, a zaczyna woda. Rybkę zjedliśmy. I tyle. Zapomniałam, że Pacyfik to nie dla mnie. Za dużo fal i nie da się pływać.
Santa Rosa de Lima

A do Santa Rosy się przyjeżdża, jak się chce powiedzieć Salwadorowi “Do widzenia” i wjechać do Hondurasu, albo przejechać Honduras szybciutko, żeby się dostać do Nikaragui. Kurczakownia jest. Pizzernia też, a w naszym lokum była nawet palarnia kawy i basen. Miłe pożegnanie.
Coooool:)
Dzięki! Było cool tylko i wyłącznie dzięki współtowarzyszowi tej podróży.