
Vámonos al viaje para buscar los sonidos mágicos
De Ecuador!
Ekwador to nie tylko Wyspy Galapagos czy Cuenca. Zapraszam na krótki przegląd miejsc, do których dotarliśmy w Ekwadorze podczas naszej kilkumiesięcznej przygody w tym kraju.

Quito



10 dni. Nie ma co ukrywać, najłatwiej dostać się do Ekwadoru po prostu przylatując do Quito. My bynajmniej wcale nie chcieliśmy tego robić, ale trochę nas do tego zmuszono, jak wylatywaliśmy z Panamy do Kolumbii. Otóż pracownik linii lotniczych poinformował nas, że nas nie wpuści na pokład samolotu, dopóki nie pokażemy mu biletu potwierdzającego wylot z Kolumbii. Na nic zdały się prośby i groźby (chcieliśmy spokojnie sobie przekroczyć granicę drogą lądową i to wcale niekoniecznie z Ekwadorem). No ale wyszło jak wyszło, na szybcika kupowałam loty do Quito i tak oto los nas tu zesłał. O Quito na razie powiem tyle, że to dobry punkt na rozpoczęcie przygody z Ekwadorem. Stare Miasto, Plaża Grandę, muzea, wzgórza, miradory, teleferico i szukanie karty sim w dziwnych miejscach. Płacząca taksówkarka (mieszkaliśmy w dzielnicy, w której nie powinno się mieszkać, cokolwiek to znaczy), blok zamykany przez strażnika o 22 i brak poczucia bezpieczeństwa. No tak, ale od razu przyznaję, że nie jestem fanką stolic w Ameryce Łacińskiej (oprócz Panamy).
Manta



3 dni. W magazynie samolotowym (tak, podczas wspomnianego powyżej lotu) natrafiliśmy na artykuł o Mańcie. Tekst zachęcał do odwiedzenia tego miasta, Nęcił obrazami wracających z połowu rybaków z wielkimi tuńczykami, wizją autentyczności, dobrej kuchni i tym, że teraz jest najlepszy czas, by tam jechać, bo już niedługo Mantę opanują turyści i zrobi się nieznośnie. Hmm, wydaje mi się, że autor tego artykułu się mylił. Ale obraz perkusji na plaży mam cały czas w głowie, i to właśnie tam zaliczyliśmy jedną z najdziwniejszych wizyt w muzeum (nic nie pobije muzeum Mao w Tengchongu, którego drzwi były otwarte, światło zgaszone i nikogo w środku).
San Lorenzo



3 dni. Tu już się zrobiło tak, jak lubimy. Bez ludzi, z piękną naturą, z miejscami, gdzie można sobie spacerować i obserwować czarne sępy. Sprawdzałam ostatnio jak ta wioska wygląda teraz i przez kilka ostatnich lat bardzo się zmieniła. Rozwinęła się baza hotelarsko-gastronomiczna, co oczywiście dla jednych będzie plusem…
Puerto Gomez



5 dni. Tu udało nam się zaliczyć najlepszy nocleg podczas naszej całej prawie dwuletniej wędrówki po Ameryce Łacińskiej, ale pech chciał, że trafialiśmy na strasznie głośnych Ekwadorczyków i właśnie tu w Puerto Gomez usłyszeliśmy najgłośniejsza ever muzykę z kurczakowi i z prywatnego (sąsiedzkiego) karaoke. Ale Puerto Gomez to brama (a właściwie port) do Galapagos dla ubogich (Isla de Płata). Polecam, szczególnie jeśli akurat nie ma problemów z gangami i nie trzeba się obawiać zobaczenia wiszących głów zamiast pelikanów.
Salinas



2 dni (bezpośredni nocny autokar do Cuenki). To był trochę taki dziki pomysł, bo to ponoć takie miejsce dla kasiastych emerytów z USA, których podczas naszego pobytu w ogóle nie zauważyliśmy, ale pewnie to tylko dzięki temu, że jakoś zawsze zbaczamy w bardziej lokalne rewiry. Puenta jest taka, że nie żałujemy, bo odwiedziliśmy La Chocolaterę, czyli wysunięty najdalej na zachód punkt w Ekwadorze.
Cuenca



9 dni. Dla wielu najfajniejsze miejsce w Ekwadorze, na pewno ma urok i jest co tam robić. Muzea, zabytki, miradory, knajpki, belgijska piwiarnia czy francuska kawiarnia (wierzcie mi, że po miesiącach jedzenia menu del dia nachodzi człowieka ochota na coś, nie wiem, znajomego). Cuenca to również baza dla wielbicieli treków. Tak, w Cuence już zapominamy o palącym słońcu towarzyszącym nam od Manty po Salinas i oddajemy się klimatom górskim. Park Narodowy Cajas, znajdujący się niecałą godzinę autobusem od Cuenki, oferuje wiele ciekawych ścieżek, np. wokół Laguny Toreadora, na górę San Luisa, od laguny do laguny (La Ruta Rosada), czy na miradora Tres Cruces.
Baños



9 dni. Po wielogodzinnej przejażdżce autokarami we mgle wzdłuż przepaści dotarliśmy do ekwadorskiej stolicy gorących źródeł i przygody. Ja bym jeszcze dodała – wodospadów, bo ich tutaj pod dostatkiem. Instagramowych spotów, huśtawek i innych takich też. Raj backpackersów i szalonych dwudziestolatków. Dla nas idealna okazała się Ulba, miasteczko dwa kilometry dalej; cały czas blisko tego, co dla nas było najważniejsze (ścieżki, wodospady, cisza), a bez dziesiątków entuzjastów skoków na bungee czy kolejek do wyjątkowo malowniczego miejsca za tysiące liceów na SM.
Otavalo



Witamy w Imbaburze! Dwa razy tu byliśmy – przed i po wolontariacie. W dwóch różnych (baaardzo miejscach). Za pierwszym razem blisko centrum miasteczka, za drugim w Peguche, administracyjnie jeszcze w Oaovalo, praktycznie – wioska obok. Ale więcej o tym jeszcze napiszę, nie tylko przy okazji Otavalo, ale też pociągu turystycznym, który tamtędy jeździł i miał w dalszym ciągu jeździć i przyczyniać się do rozwoju turystyki w tym nieco zapomnianym regionie Ekwadoru (nie czarujmy się, większość turystów spędza w Ekwadorze tydzień lub dwa, z czego większość na Galapagos). Otavalo, pięknie położone między trzema wulkanami: Imbabura (4630 m), Cotacachi (4995 m) i Mojanda (4263 m), jest znane przede wszystkim z mercado Plaza de las Ponchos (ponoć jeden z największych marketów ludności rdzennej w Ameryce Południowej) , wspaniałych tekstyliów i podróbek ciuchów wszelakich zachodnich marek. Troszkę z przekąsem to piszę, ale jak potrzebujecie poncha, kocyka (boooskie!), kapelusza czy im podobnych, to jest miejsce dla Was. Nie zapomnijcie tylko trochę się potargować. Po zakupach można się przejść nad wodospad, jezioro, do parku kondora, czy odbić na północ do Ibarry, czy na zachód do Cotacachi w celu zdobycia wulkanu.
Cafe Finca La Cascada



3 tygodnie. I tak, krok po kroku doszliśmy do takiego momentu, kiedy trzeba było podkasać rękawy i wreszcie się wziąć do roboty. A tak na serio, Paweł uwielbia kawę, i już na etapie planowania naszej podróży, kiedy zdecydowaliśmy się raz na trzy – cztery miesiące zatrzymywać się w jednym miejscu na wolontariacie, postanowiliśmy, że chociaż raz musimy zatrzymać się na plantacji kawy. Akurat był sezon na zbieranie wisienek kawy i Bill potrzebował dodatkowych rąk do pracy, bo plony były wyjątkowo obfite. Mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczyć jak powstaje kawa, od małego krzaczka, powoli dojrzewające wisienki, ich zrywanie, oddzielanie ziarka od miąższu, suszenie i palenie. Super przeżycie, polecam każdemu, bo przy okazji można też trochę pożyć prawdziwym życiem Ekwadorczyka godzinę drogi od cywilizacji.
Ibarra



W przerwach w zbieraniu kawy jeździliśmy sobie do stolicy prowincji Imbabury, Ibarry, znanej również jako “Białe Miasto” (kolejne na naszej drodze, patrz kolumbijskie Popayán) czy “Miasto, do którego się wraca”, no i to zdecydowanie się sprawdziło u nas, po wracaliśmy tu kilka razy. Wbrew pozorom do się tu kreatywnie i aktywnie spędzić kilka dni i z całego serca polecam informację turystyczną, panie są przemiłe i mają bardzo dużo materiałów, map, przewodników po mieście i okolicach. Mi Ibarra będzie się kojarzyć z tańcem, figurkami ptaków i pierwszą salmonellą w życiu.
Cotacachi


3 dni. O Cotacachi już pisałam przy okazji festiwalu Inti Raymi. Myślę, że poza tym nieszczęsnym dniem, miasteczko ma duży potencjał i może być naprawdę przyjemne. Stąd też już żabi skok nad lagunę Cuicocha oraz na wulkan Cotacachi (4944 m). Wiem, że turyści wolą Cotacachi niż Otovalo czy Ibarrę. Jest tu więcej knajp, kawiarni (zagranicznych); generalnie jest mniejsze od pozostałych dwóch, co sprawia, że łatwiej o kameralny klimat. Mnie pijacka tupanka przy zdobywaniu placu zdecydowanie zniechęciła i jakoś nie mogłam dojść do siebie.
Tema, El Coca i Nuevo Rocafuerte






Tydzień. Czyli, proszę Państwa, Amazonia ekwadorska z dwóch stron. Spójrzcie sobie jeszcze raz na mapkę. Tak czy siak, bardziej nie chcąc niż chcąc, przyszło nam się przeprawiać przez Amazonię w czterech krajach. Przygodę z Amazonią kolumbijską mieliśmy za sobą (i przed sobą też, ale jeszcze o tym nie wiedzieliśmy), tak że bardziej się skupiliśmy na przeżyciu, bo co tu dużo mówić, było nam trudno. Z Amazonią sprawdziło się u nas powiedzenie, co za dużo, to niezdrowo, a jak pomyślicie, że my w sumie kilka miesięcy tam byliśmy… Ale, Yasuni dla podróżników jak najbardziej polecany, najlepiej z lokalnym przewodnikiem, spanie w namiocie, lub pod gołym niebem, jeśli nie brakuje Wam odwagi, wizyta w “autentycznej” wiosce (o tym się rozpiszę, jak w końcu uda mi się dojść do postu poświęconemu naszym doświadczeniom w Amazonii, póki co cudzysłów musi wystarczyć).
