
Titicaca po peruwiańskiej stronie
Miałyśmy niecałe trzy tygodnie na kilka miejsc w Peru, Boliwii i Chile. Tak naprawdę pewnikiem było Cusco i Machu Picchu, potem przyszło Uyuni i Atacama, ale wszystko podłodze wymyślałyśmy na bieżąco. I tak właśnie wpadłyśmy na pomysł, żeby zatrzymać się gdzieś nad jeziorem Titicaca po stronie peruwiańskiej. Puno.
Oczekiwania
Na zdjęciach wyglądało obiecująco. Położone na wysokości 3830m, między jeziorem Titicaca a górami, otoczone pływającymi wyspami, z bogatą historią. Czego chcieć więcej? Szczerze mówiąc spodziewałyśmy się takiego mniejszego Cusco nad jeziorem. Nad jeziorem w polskim wydaniu, czyli woda jest, miejsce do pływania jest, i wszystko przylega do jeziora. Wiem, wiem, ignorancja.
“To nie jest klejnot Peru”
Podobał mi się opis Puno na Lonely Planet: “Puno to nie jest klejnot Peru, ale ma swój urok”. Ponoć każdy kto tu przyjeżdża robi to z jednego powodu, popływać po jeziorze. Nie wiem jak nas to ominęło, ale nie widziałyśmy przy jeziorze żadnego punktu z wycieczkami po Titicaca. Zresztą całe to nadbrzeże było jakoś tak zabudowane i raczej niezachęcające do przebywania tam. W naszym hotelu też. Nie było żadnej informacji.

Autokary
Titicaca z jednej strony, ale jak dojechałyśmy naszym luksusowym autokarem z Cusco do Puno, czekała nas inna atrakcja. Ale najpierw o autokarach. W Ameryce Południowej, ze względu dużych odległości i pewnie też z braku połączeń kolejowych, autokary biją na łeb na szyję nasze psy czy flixbusy. Jest większy wybór i w zależności od tego ile jest się w stanie zapłacić lepszy standard. My podróżowałyśmy tak:


Jeszcze herbatka i ciastko było.
A na dworcu autobusowym…
Niemiłą niespodzianką była dla nas tylko opłata dworcowa. No taki tam wymysł mają. Jak się nie zapłaci za przywilej korzystania z dworca, to nie wpuszczą do autokaru. Co kraj, to obyczaj. Najpierw myślałyśmy, że nas w konia robią i chcą oszukać zielone turystki, ale nie, naprawdę jest taka opłata i każdy musi ją uiścić.
Orkiestry
Puno, wczesnym popołudniem (podróż trwała jakieś 6 godzin i dotarłyśmy do miasteczka koło 1 czy 2), przywitało nas tłumami ludzi, w strojach ludowych, w stanie wskazującym na spożycie dużych ilości alkoholu i zapachem, hmm, smrodem moczu. Pije się to się i sika, a że na ulicę… Zniesmaczyło to nas trochę. W hotelu okazało się, że wieczorem czekał nas wspaniały występ orkiestr dętych ze wszystkich okolicznych wiosek. Pluję sobie w twarz, że wtedy nie kręciłam filmików, bo z jakiegoś powodu orkiestry dęte uwielbiam, a w Puno było ich mnóstwo. Każda z nich reprezentowała swoją wioskę czy miasteczko muzyką i ubiorem. Nawet siąpiący deszcz nie był w stanie odebrać temu wydarzeniu kolorytu i radości.
Miasteczko
Mi najbardziej chciało się śmiać z poszczególnych muzyków, którzy jednak spożyli dużo za dużo i nie byli w stanie dąć w swe instrumenty, ale szli dziarsko. I tyle z Puno pamiętam. Niewiele, prawda? Pochód orkiestr przychodził przez wszystkie ulice centrum. Jak się domyślacie takie wydarzenie przyszło obejrzeć sporo ludzi. Tłumy gapiów i orkiestry przesłoniły wszystko inne, co mogłyśmy teoretycznie zobaczyć w Puno. Następnego dnia jechałyśmy już dalej.