
Pura Vida?
Nie będę ukrywać, do Kostaryki wjeżdżaliśmy trochę niechętnie, z obawami, że to państwo nie dla nas. Dużo się nasłuchaliśmy opowieści o tym kraju Ameryki Centralnej i z każdą opowieścią wydawało się, że będzie powtórka rozrywki z Belize. I tak, przyznaję, to niezbyt entuzjastyczne podejście skutecznie uniemożliwiło nam zakochanie się w Kostaryce. Może dobrze?
Kostaryka na pewno wyróżnia się na tle innych państw Ameryki Środkowej; długie tradycje demokracji, chwalebne podejście do ochrony środowiska naturalnego ich sąsiedzi mogą tylko pozazdrościć. Nas trochę odpychają tłumy turystów, cyfrowych nomadów czy expatów głównie ze Stanów ze swoją jogą, mlekiem migdałowym, wellness retreats, na gwałt poszukujących recepty na Pura Vida, przez których postępująca gentryfikacja staje się coraz większym problemem regionu. Wystarczy spojrzeć na “Tama Gringo” czy inne miasta wzdłuż Guacanaste czy Półwyspu Nicoya. Nie miało być rantu, miało być podsumowanie, przepraszam.

Nasza historia z Kostaryką była taka, że zbliżał się koniec roku, a my byliśmy umówieni w okolicach lutego z moimi ukochanymi towarzyszkami podróży (Australia, Kuba, Dominikana) w Kolumbii. I o ile wyznajemy całą duszą i sercem slow travelling, nagle poczuliśmy, że musimy przyspieszyć. Plan minimum wyklarował się następujący – omijamy Nicoyę i siedliska gringos nad Pacyfikiem, spektakularne wulkany czy Rezerwat Monteverde, ruszamy najpierw do stolicy, potem do Freda, a że musimy się dostać do Panamy, to wyszło nam, że najlepiej będzie to zrobić wybrzeżem Morza Karaibskiego. I tak też zrobiliśmy. A kto to Fred? Haha, po kolei.
San José (Hotel El Descanso) 28-31/12
Póki co, stolice państw Ameryki Centralnej jedynie przejeżdżaliśmy, do Tegucigalpy nawet się nie zbliżaliśmy, bo choć na pewno można w nich coś ciekawego odkryć czy zobaczyć, woleliśmy spędzić czas poza nimi. San José jednak nie udało się nam ominąć i tak mieliśmy kilka dni na prawdziwą miejską eksplorację. Z informacji praktycznych, zaraz po przejściu granicy w Peñas Blancas znajduje się parking autokarów. Do San José podróż kosztuje ok. $12 i trwa ~ 6h. Stąd również można jechać bezpośrednio do La Fortuny. Tutaj dodaję link do połączeń autokarowych w Kostaryce.



Atrakcje – dla mnie największą atrakcją było China Town, hello, po prawie roku od wyprowadzki, w Ameryce Centralnej, gdzie króluje kurczak z ryżem i fasolą, nagle sklepy z chińskim jedzeniem czy knajpy z PRAWDZIWYMI syczuańskimi daniami. Pycha! No, ale rozumiem, że to bardzo subiektywna atrakcja.
Centrum historyczne oferuje kilka ciekawych miejsc, jeden dzień spokojnego spaceru: Mercado Central, Muzeum Narodowe, Muzeum Jadeitu, Złota, Teatr Narodowy, Park Mozaran i inne ciekawe budynki, czy przyjemne parczki (są oczywiście dostępne “free walking tours”).
Hotel El Descanso ma zwodniczą nazwę, z wielu powodów (wiem, brzmię jak strasznie zrzędliwa osoba, Paweł w takich momentach cytuje właścicielkę ekwadorskiego hostelu w Mancie “A czego się spodziewaliście po pkoju za $20?”, teraz już to wiem, nie powinnam się spodziewać niczego. Anyway, hotelik w centrum miasta, pokoje w miarę czyste z łazienką i klimą. Maciupkie i wszystko słychać. Czyli całkiem spoko za $30 za noc.
Cartago



Pomysłem na pół-dniową wycieczkę jest wybranie się do Cartago, pierwszej stolicy Kostaryki. Szczególnie chciałam tam pojechać z tego względu, że można tam dotrzeć, uwaga, uwaga – pociągiem. Plan był super, ale życie jak zawsze pokazuje, gdzie ma nasze plany. Na pociąg do Cartago nie zdążyliśmy, a na powrotny nie chciało nam się czekać (bo to taki pociąg dla ludzi jadących do i z pracy) i skończyło się na podwójnym autokarze. W Cartage zwiedza się bazylikę Nuestra Señora de los Ángeles, ruiny kościoła apostołów i zabytkową część miasteczka. Przyjemny spacer.
Lemoncito (ca. San Vito) (31/12/2022 – 15/01/2023)
Pora na wytłumaczenie, kto to Fred. Otóż był to mój kolega z Akademii Policyjnej w Kunmingu, który po kilkuletnich poszukiwaniach swojego miejsca na ziemi, po Japonii, Szwajcarii, Niemcach, wybrał właśnie Kostarykę. Wiedząc, że będziemy w okolicach, szczodrze zaproponował, żebyśmy zatrzymali się na trochę w jego fince (finca – miejsca posiadłość, gospodarstwo rolne lub farma).



I tak to trafiliśmy do nieturystycznej części Kostaryki, która właśnie z tego powodu spodobała nam się najbardziej. Tuż przy Parku Narodowym La Amistad (dzielonym z Panamą) i stosunkowo blisko Corcovado. Finca Freda znajduje się ok. 20 km od San Vito i 2 km od najbliższego sklepiku, co utrudniało swobodne przemieszczanie się, ale na upartego codziennie główną drogą przejeżdżały jakieś autokary.



Przeżycia mieliśmy tu wyjątkowe – od zapierających dech widoków po chwile mrożące krew w żyłach. To tu po raz pierwszy mieliśmy okazję zbierać kawę, mielić ziarna kakaowca, próbować prawdziwej czekolady i innych przysmaków z wyhodowanych przez siebie roślin, zwiedzić kilka “finek”, restaurację dżdżownice i inne wyjątkowe miejsca.
Uvita
Wiadomo, Kostaryka parkami narodowymi stoi, i przy Uvicie znajduje się jeden z nich, mianowicie PN Marino Ballena znany z tego, że dwie ciągnące się kilometrami plaże zbiegają się tworząc ogon wieloryba. Zobaczcie:

Oprócz piaszczystych plaż, dostępu do niespokojnego Pacyfiku (zabrał mi ulubione okulary przeciwsłoneczne, tak, wchodzę do wody w okularach przeciwsłonecznych, tzn. nauczona tym nieszczęśliwym wydarzeniem staram się już tego nie robić, ale wtedy nic nie widzę) są tu również ścieżki oraz możliwość wypatrzenia wielorybów (dwa razy w roku).



Nieco dalej na północ znajdziecie inne plaże, Dominical i Dominicalito. Bardziej klimat surferski, a plaża z piaszczystej zmienia się w żwirkową. Po drugiej stronie autostrady przy Dominicalito, w przyjemnym cieniu dżungli zaprasza do kąpieli wodospad Pozo Azul. Najlepiej tu przyjść z rana, zanim zbiorą się tu tłumy turystów.


Z kolei bardziej na południe od Uvity, jak chcecie poczuć trochę bardziej lokalne klimaty, zajrzyjcie na plażę Elefante, ze skałą przypominającą słonia. Prawda jest taka, że jadąc wybrzeżem, co chwilę można się zatrzymywać i albo zejść na plaże, albo wejść do kolejnego parku narodowego. Nasza trasa zakończyła się na Sierpe, gdzie wchodzi się na łódkę, która zabierze Cię do Corcovado albo Terraba Sierpe National Wetlands.
Cahuita (15-23/01/2023)
Trochę przedłużył nam się pobyt u Freda, a tu czas gonił. Podróż z San Vito do Cahuity zajęła nam cały boży dzień i, nie uwierzycie, pierwszy raz jadąc autokarem przyszło nam siedzieć na podłodze, bo nie było już miejsc (i nie byliśmy jedyni, cała podłoga była zajęta). Cahuita to kolejny park narodowy, tym razem nawet darmowy, i leniwce na każdym rogu.
Do PN Cahuita można też wejść z drugiej strony, od Puerto Vargas, ale wtedy obowiązuje bilet wstępu.



Kolejne miasteczko, w którym się zatrzymaliśmy, Puerto Viejo, jest oddalone od Cahuity tylko 16 km, ale klimat taki bardziej imprezowy i 20-latkowy, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Na pewno z Puerto Viejo bliżej do granicy, ale w Cahuicie wydawało mi się spokojniej i ciszej.



Co do noclegów, to w Cahuicie zatrzymaliśmy się w Cabinas Surf Side i było naprawdę w porządku, a w Puerto Viejo w hostelu Backpackers Puerto Viejo i było to dziwne miejsce, jakby ktoś przerobił pub na hostel. Samo miejsce nie było tragiczne, tylko imprezy, które odbywały się gdzieś niedaleko grały muzykę na tyle głośno, że nam się ścianki działowe trzęsły.
Więcej o poszczególnych przystankach w Kostaryce już wkrótce.